Czasami nie daję rady

diving

Zaniedbałam przez ostatnie miesiące bloga. Zatopiłam się we własnym rodzicielstwie, albo raczej utonęłam w jego głębiach. Nie jest łatwo być rodzicem dwulatka. Nie jest łatwo być rodzicem dziecka o większych potrzebach. To mieszanka wybuchowa, kiedy znienacka przychodzą  trudne do ukojenia żal i rozpacz przejawiające się w histerycznych spazmach.. To wielogodzinne bujania, nieskuteczne próby położenia dziecka do łóżka czy wspólnego wyjścia z domu. A na deser poczucie, że wszystko, co robię – nie wystarcza, a wszystko, co daję (naprawdę WSZYSTKO) – to za mało. 

III Konferencja Bliskości, która miala miejsce w miniony weekend. Koło ratunkowe w smym środku tych macierzyńskich odmętów. Czas tak dla mnie wazny. Czas dla mnie i o mnie. Czas wyciszania burz i wracania do rejsu po spokojnym oceanie w bardzo jasno wyznaczonym kierunku. I moc, nowe pokłady  mocy, żeby płynąć. 

Sięganie po wsparcie

Nie dawałam rady. Fizycznie i emocjonalnie. Na całe szczęście miałam męskie wsparcie (nie cały czas, ale przynajmniej w wystarczająco wielu momentach, często kluczowych). Bujałam i płakałam. Wściekałam się i wyłam z bezsilności. Czułam, że już nie dam rady więcej, traciłam grunt pod nogami. I wcale nie to bylo najgorsze! Po słowach Agnieszki Stein, o sile empatii, o tym, że czasem rodzice bywają w takiej rozsypce, że wcale nie potrzebują (na tym etapie, nie w ogóle) szukać rozwiązań. Potrzebują, żeby z nimi pobyć. W tej ich walce o przetrwanie po prostu ich usłyszeć. Żeby mogli puścić, łzy mogły się swobodnie polać razem z pokładami złości, frustracji i bezradności. Najgorsze, było uświadomienie, że nie dałam sobie do tego prawa. Prawa do słabości, gorszego czasu (który tak naprawdę ciągnął się kilka miesięcy). Bardzo trudno przyznać się przed kimś (samą sobą?), że nie daje się już rady i tym samym sięgnąć po wsparcie. To takie proste i tak niewyobrażalnie trudne!

Prawdziwy Wojownik

Jeździłam kiedyś na indiańskie ceremonie Szałasu Potów (Sweat Lodge). Zasiadałam w kręgu z innymi osobami w absolutnej ciemności. Gorące kamienie pośrodku namiotu co chwile polewane były wodą – im dłużej trwała ceremonia, tym było cieplej i bardziej wilgotno. Tak następował proces oczyszczania ciała, duszy i umysłu. Przychodził jednak moment, kiedy to gorąco stawało się nie do wytrzymania. Wielokrotnie udawało mi się przejść całą ceremonię, przyszedł jednak taki czas, kiedy poczułam, że już dłużej nie dam rady. Już leżałam z policzkiem przy ziemi, gdzie było najchłodniej a i tak zbyt ciepło. Moje ego podpowiadało: musisz dać radę, nie wolno ci wyjść, bo to oznaka słabości! Nikt przed tobą nie wyszedł z namiotu! Nie mogłam złapać powietrzem, ostatnim tchem, w poczuciu porażki poprosiłam o otwarcie namiotu, wyczołgałam się na zewnątrz. I wtedy usłyszałam za plecami słowa prowadzącego: „Trzeba być Prawdziwym Wojownikiem, żeby przyznać się do słabości”. Zapomniałam o tym, zagubiłam w meandrach codzienności tamto doświadczenie. Poczucie siły, przestrzeni i powietrza, którymi na powrót napełniało się moje ciało. 

Błądzić i wracać

Podczas konferencyjnego panelu (rozmowy Agnieszki Stein, Moniki Szczepanik i Marty Sikorskiej) Monika dzieliła się swoimi doświadczeniami rodzicielskimi, opowiadała o swojej ścieżce stawania się rodzicem bez przemocy, rodzicem bliskości, rodzicem w relacji. To co mnie poruszyło w jej opowieści, to fakt ciągłego stawania się, pozwalania sobie na niedoskonałość i uczenie na błędach. To był dla mnie mocny element wracania do równowagi wewnętrznej. Pomyślalam sobie, że w samym środku tych moich odmętów bezradności, nadal mam szansę na to, by budować. Że to jest element procesu, jeśli tylko znajdę w sobie siłę, by się uczyć. By przetrwać, zrozumieć, zobaczyć z nowej perspektywy. Do tego potrzebna jest refleksja, spokojny moment w ciągu dnia, o którym mówił Lawrence Cohen. Taki czas, na pisanie bloga, na którego nie mialam siły. Paradoks polega na tym, że zabrałam sobie element autoterapii, którym jest pisanie. W końcu zmusza do myślenia, układania tych myśli, wyciągania wniosków. I tak moje koło samotnej bezradności trochę się zamknęło. Dzisiaj wracam na nowo, do tekstów urwanych w połowie, do nieprzelanych na papier myśli. Do mówienia głośno, że czasem jest tak trudno to wszsytkie mądrości świata się gdzieś gubią. Do pisania o tym, że w błądzeniu też można znaleźć siłę.

Wracam. Jest we mnie masa nowej energii – do życia, działania, pisania. Wracam inna, z wiarą w to, że jest sens wszystkich ostatnich doświadczeń, które nazwałam „porażka”. I z poczuciem, że nie dawanie rady jest ok.

Dziękuję!

diving

Źródło zdjęcia: www.karimphotography.com

  • https://www.chustodzieciaki.pl Patrycja (Chustodzieciaki)

    Aniu, jestem wzruszona. Bardzo. Nie napiszę więc wiele. Nie jestem w stanie przekazać w słowach, jak bardzo bliskie jest mi wszystko, co napisałaś i jak wielką gulę czuję w gardle na wspomnienie pierwszych lat mojego trudnego macierzyństwa, których jeszcze nie przepracowałam, bo i wciąż wiele się dzieje każdego dnia. Jednoczę się.

  • nynka87

    wspaniały tekst! ja nie mam problemu przyznać się przed sobą, że nie daję rady, właśnie jestem na taki etapie, problem mam tylko z tym, że mąż tego nie rozumie :( jest jakiś sposób żeby pomóc mu mnie zrozumieć? wypłakałam, wykrzyczałam co mnie boli i nic, między nami jest pustka… nie otrzymałam żadnego wsparcia i pocieszenia, zrozumienia, zero ciepła, nie odzywamy się do siebie… :( to przykre…

  • http://www.40iwieksza.pl Marta

    wróciłam dziś do tego wpisu.
    tak bardzo potrzebowałam.
    dziękuję!