Dostawałem w tyłek, a wyszedłem na ludzi – czyli przemoc za murem obronnym

12281241166_d740bd65bb_o

Nie przesadzajmy, klaps jeszcze nikomu nie zaszkodził, albo nie raz dostałem w skórę od ojca i wyszło mi to na dobre – czytam ze zdumieniem komentarze pod postami i artykułami w internecie, w których o klapsach mówi się jako o formie przemocy. Najpierw podnosi mi się ciśnienie i narasta irytacja, mam wielką ochotę wejść w polemikę, albo chlapnąć jakąś bezwzględną oceną. Generalnie bliżej mi do reakcji, która może doprowadzić do eskalacji konfliktu na temat dopuszczalności klapsa jako metody “wychowawczej”. Sama siebie odciągam na bok, żeby ochłonąć, żeby nie wylewać swojej złości i niezgody, niepotrzebnie nie dolewać oliwy do ognia. I zadaję pytanie: o co tak naprawdę chodzi? Jak to się dzieje, że istnieje spora grupa ludzi, którzy w klapsach nie widzą nic złego? Potrzebuję tego: lepszego zrozumienia i chwili refleksji, żeby nie reagować aż tak emocjonalnie.

Ten obraz przychodzi całkiem szybko, w miejscu obecnego dotąd obrazu anonimowego, dorosłego hejtera pojawia się obraz… dziecka. Dziecka, które kiedyś w ten wspomniany tyłek oberwało. Może raz, może dostawało notorycznie. Widzę przestraszoną, zagubioną istotę, która czuje się poniżona i doświadcza lęku. Małego człowieka, który łapie się po omacku wszelkich możliwych (dostępnych mu) sposobów, żeby poradzić sobie z cierpieniem. Nie tyle bólem fizycznym, co psychicznym. Bo oto właśnie jego opiekun, który miał dawać mu wsparcie, poczucie bezpieczeństwa i komfort psychiczny, przekroczył jego granicę cielesną i tym samym stał się źródłem poczucia zagrożenia i lęku. Ambiwalencja, której dziecko w tej sytuacji doświadcza jest ogromna, dlatego zrobi wiele, by wrócić do stanu równowagi. By jakoś utrzymać pozytywny obraz opiekuna. Może to zrobić na wiele sposobów…

To tylko klaps, przecież nic takiego się nie stało – dziecko próbuje umniejszyć, zbagatelizować to zdarzenie i zaprzeczyć swojemu cierpieniu. To przynosi ulgę, bo wycofuje wizję krzywdzącego rodzica, któremu nie można ufać, przywraca dziecięcą wiarę i zaufanie do niego (tak potrzebną, by przetrwać). Jednocześnie podkopuje zaufanie dziecka do swoich własnych odczuć, doznań z ciała i przeżywania doświadczeń.

Należało mi się, przecież byłem niegrzeczny! – dziecko uwalnia rodzica z roli sprawcy, by samemu przejąć tą rolę. Siebie postrzega jako złe, zasługujące na negatywną reakcję ze strony opiekuna.

A teraz wróćmy do tego dorosłego, który po przeczytaniu słów, że klaps to przemoc, stuka palcami o klawiaturę i pisze swój komentarz. W pełnym przekonaniu, że wyszedł na ludzi, mimo że dostał w skórę niejednokrotnie. Co by się stało, gdyby przestał zaprzeczać, racjonalizować, stawiać siebie w roli dziecięcego sprawcy? Gdyby nazwał to przemocą i krzywdą? Z czym musiałby się zmierzyć?

Myślę, że to co “grozi” dorosłemu, to przywołanie tych dziecięcych uczuć. Spotkanie ze smutkiem, żalem, poniżeniem. A potem fala złości na swoich rodziców za wyrządzone krzywdy, kiedy teraz są już dojrzałymi ludźmi a często łagodnymi dziadkami. To spore ryzyko, bo gama uczuć, które czają się w tle wcale nie należy do przyjemnych. Nieświadomie wybierają więc stare tabu, które kiedyś służyło ochronie obrazu rodzica a tym samym poczucia bezpieczeństwa i utrzymaniu zaufania. Jako dzieci sięgnęli po najlepsze wyjście z sytuacji, jako dorośli nadal sięgają po nie z automatu…

Obraz skrzywdzonego (wewnętrznego) dziecka zwyczajnie mnie porusza. Jako matkę, jako psychologa, jako człowieka. Mija we mnie złość i irytacja, tym bardziej nie mam ochoty na gorącą polemikę. Bardziej jest mi przykro, odczuwam jakiś rodzaj troski i smutku. Po drugiej stronie monitora widzę ofiarę, która publicznie oferuje jedynie to, czego sama doświadczyła. Rodzi się we mnie zrozumienie i współczucie. Widzę, jak zza muru słownej agresji wygląda małe, przestraszone dziecko. Za murem jest mu bezpiecznie, bo nie ma do niego dostępu.

W ten sposób wycofuję się ze spirali przemocy. Mam dla tego człowieka więcej wyrozumiałości, co oczywiście nie oznacza, że akceptuję potencjalne (a tym bardziej realne!) klapsy w jego wykonaniu. Chodzi o to, że jestem gotowa go wysłuchać i zrozumieć, zamiast oceniać. I z tego miejsca widzę wielką szansę, że usłyszy moje spokojne “nie” wobec klapsów, dlatego że sam zostanie usłyszany.

.

12281241166_d740bd65bb_o

https://www.flickr.com/photos/33905194@N05/

  • Mo.

    „Bo oto właśnie jego opiekun, który miał dawać mu wsparcie, poczucie bezpieczeństwa i komfort psychiczny, przekroczył jego granicę cielesną i tym samym stał się źródłem poczucia zagrożenia i lęku.” Tu już jest mylenie klapsa ze znęcaniem się. Też czasem oberwałam i jakoś nigdy przez to nie bałam się rodziców. Kochałam ich tak samo jak zawsze. Ten artykuł to kompletna przesada! Parę razy dostałam klapsa, ale to nie znaczy, że nie wiedziałam, ze rodzice mnie nadal kochają. No błagam, nie róbmy z dziecka zatrwożonego zwierzątka, który dostał klapsa i nagle jego rodzice to wrogowie. Jak można to nazywać tak po prostu przemocą, nie rozumiem.

    „Myślę, że to co “grozi” dorosłemu, to przywołanie tych dziecięcych uczuć. Spotkanie ze smutkiem, żalem, poniżeniem. A potem fala złości na swoich rodziców za wyrządzone krzywdy, kiedy teraz są już dojrzałymi ludźmi a często łagodnymi dziadkami.” Nigdy nie uznałam, że to co robili moi rodzice to przemoc, nigdy nie pomyślałam, że byłam poniżona. Nadal niezwykle kocham mich rodziców, wciąż tak samo mocno i tak samo im ufam jak zawsze.

    Niestety jak powszechnie wiadomo najgorsze i najnieznośniejsze dzieciaki to te, których rodzicami są nauczyciele, pedagodzy i psycholodzy, może dlatego, że stosują swoje przekonania na dzieciach, będąc pewnym, że w ten sposób chronią je od krzywdy, a skutek jest zupełnie odwrotny…

  • http://www.blogojciec.pl/ Blog Ojciec

    Ale właśnie dając klapsy, traktujemy dziecko jako zwierzątko. Zwierzątko, któremu nie da się wytłumaczyć, bo ono przecież nie ma mózgu. Zwierzątko, które trzeba zatem uderzyć, aby zrozumiało. I to jest prawdziwie przykre. Że nie dostrzegamy w dzieciach ludzi.

    Na szczęście dzieci mają mózg i nie ma żadnej sytuacji, w której klaps byłby potrzebny. Wszystko da się rozwiązać dialogiem. Wystarczy jedynie chcieć. Dzieci naprawdę mają swój rozum i potrafią wiele zrozumieć. Rozmawiajmy z nimi i współpracujmy, to klapsy przestaną być potrzebne.

  • Anna Wiśniewska

    Idąc za Twoją myślą, mentalnością aż samo nasuwa się pytanie… Czy teraz mąż, partner może Cię uderzyć? Jakbyś się poczuła, gdyby tak się stało?
    Dlaczego dziecku można dać klapsa? Do jakiego wieku jest to zgodne z Twoim wychowaniem?
    Niestety jak autorka reaguję emocjonalnie… I wcale nie chcę odtworzyć w swojej wyobraźni wizji krzywdzonego dziecka.

  • Bity_i_przebudzony

    „…tym bardziej nie mam ochoty na gorącą
    polemikę. Bardziej jest mi przykro, odczuwam jakiś rodzaj troski i
    smutku. Po drugiej stronie monitora widzę ofiarę, która publicznie
    oferuje jedynie to, czego sama doświadczyła. Rodzi się we mnie
    zrozumienie i współczucie.”

  • Ewelina Katarzyna Mydło

    ja tylko odpowiadam: „czyżby?” i cała złość przenosi się na upartych obrońców „klapsów” xD zgadzam się z Tobą, ktoś ładnie to ujął: oni wierzą, że to nic takiego, bo musieliby dostrzec, że ich szczęśliwe dzieciństwo było naprawdę kolonią karną..

  • dzikasowa

    Moja matce zdarzało się stosować kary fizyczne. Nie były one planowane, ani racjonalnie wymierzane, lecz następowały spontanicznie, w momencie gdy matka traciła nad sobą kontrolę emocjonalną. Potrafiła wtedy np. uderzyć mnie żelazkiem, popchnąć i rzucić ze schodów, lub uderzyć jakimś przedmiotem, który akurat miała w ręce. Zalatuje to pewnie grozą, ale do tych zachowań paradoksalnie nie mam do matki żalu i pretensji. Była ona kobietą z problemami emocjonalnymi i nie panowała nad swoją impulsywnością. Nie kontrolowała swoich zachowań i mimo, że były one dla otoczenia dosłownie niebezpieczne, w moim odbiorze nie były spowodowane moją winą. Racjonalnie jak i emocjonalnie potrafię oddzielić jej chorobliwe zachowania od mojej osoby. Obecnie mam do niej w tej kwestii dużo wyrozumiałosci, zrozumienia i współczucia. Tym, co było w moim dzieciństwie realnym problemem, było jej podejście psychiczne do mnie, co objawiało się odrzuceniem uczuciowym, sadyzmem psychicznym i wyrafinowaną manipulacją. Tutaj trudno mi znaleźć usprawiedliwienie, gdyż jej zachowania, poprzez które przemyślnie mnie torturowałą emocjonalnie, nie były pozbawionym kontroli impulsem chwili, lecz długotrwałym, świadomym procesem. Uważam więc, że duże znaczenie ma atmosfera emocjonalna, w jakiej odbywa się kara fizyczna, oraz podejście do sprawy rodzica. Dziecko wyczuwa, czy rodzic dopuszcza się przemocy z bezsilności i słabosci, czy raczej z sadyzmu i gniewu. Obecnie, kiedy sama jestem mamą, wiem jak wielki wpływ na relację z dzieckiem ma nasze zdrowie psychiczne. Mnie życie uratowałą psychoterapia i mocna praca nad sobą. Szkoda, że tylu ludzi nadal myśli stereotypowo i z nieświadomości siebie przytakuje na tak chorej tradycji klapsów. Bo choć ja mam wyrozumiałośc dla słąbosci i choroby włąsnej matki, to nie wyobrażam sobie, że mogłabym lekką ręką dać klapsa mojemu synowi. (pewnie jednak wyparta krzywda). I co mnie czasami dziwi – ci sami rodzice, którzy karają swoje dzieci klapsami, składają wielki protest, gdy ich dziecko uderzy kolega w szkole lub przedszkolu. Chronimy przed światem, a sami serwujemy przemoc.

  • http://about.me/lavinka lavinka

    To o czym piszesz bardzo ładnie rozpracowuje kawałek po kawałku Alice Miller w książce „Zniewolone dzieciństwo”. Ten HItler niech Cie nie przerazi, to hłyt marketingowy, tak naprawdę najwięcej jest o dość sławnej narkomance, co kiedyś popełniła książkę „My dzieci z dworca zoo”, pewnie ją kojarzysz, Christiane Felscherinow. Bardzo książkę polecam, w celu zrozumienia postępowania ludzi mówiących o klapsie jako „niczym złym”. Tak po prawdzie problem jest jeszcze bardziej złożony i to nie sam klaps jest szkodliwy, ale właśnie jego tłumaczenie. Najgorsze, co można zrobić dziecku to mu mówić, że jest bite z miłości. Że kary i przemoc są wyrazem prawdziwej i dobrej relacji między rodzicem a dzieckiem. Czyli znów, nie sama przemoc, a manipulacja robi z dziecka bardzo skrzywdzonego emocjonalnie dorosłego człowieka, który przez całe życie zapija smutki w alkoholu, dostaje napadów agresji wobec obcych osób lub wobec słabszych, w tym własnych dzieci. Większość narkomanów była klapsowana w dzieciństwie, ale właśnie klapsowana z manipulowaniem ich miłością do rodzica.

  • Katarzyna Kempina

    „Niestety jak powszechnie wiadomo najgorsze i najnieznośniejsze
    dzieciaki to te, których rodzicami są nauczyciele, pedagodzy i
    psycholodzy (…)”.
    Powszechnie to wiadomo? Ja nie wiedziałam ;)
    Twój komentarz, Mo., jest idealną ilustracją powyższego artykułu.

  • Katarzyna Kempina

    Dokładnie taki proces myśliowy przeszłam nie dalej niż w miniony weekend, kiedy moja bliska osoba dała klapsa swojemu dziecku. Z perspektywy czasu widzę, że nie dałam jej wystarczającego wsparcia, choć starałam się bardzo.Byłam jednak zbyt sparaliżowana tą sytuacją.
    Ale – jak to mówią – pierwsze koty za płoty. To bardzo ważne dla mnie doświadczenie. Teraz, po przemyśleniu wszystkiego dokładnie, będę umiała lepiej reagować w przyszłości (choć w głębi mam nadzieję, że nie będę miała okazji!).

  • mamasama

    Osobiście przeżyłam dramat „wychowawczego” klapsa. Sama przepracowałam traumę z dzieciństwa. Dziś mogę z tym żyć, ale szacunku dla siebie moi rodzice na klapsie nie zbudowali. A jednak – sama będąc mamą ostatnio zastosowałam klapsa „prewencyjnego” (nie dałam go, a jedynie o nim powiedziałam) – bo moja dwulatka zaczęła dla żartu powtarzać: „kulwa mać”, kilkakrotnie używając wyrażenia w kontekście, z którego wynikało, że rozumie, że ma ono negatywny wydźwięk. Moja reakcja była dość szybka: „Córeczko, umówmy się, że jeszcze raz tak powiesz, to dostaniesz klapsa.” Już więcej córeczka wyrażenia nie użyła. I tak, w tym konkretnym przypadku chcę, żeby w przyszłości wypowiedzenie „kulwa mać” już z w pełni poprawną dykcją – kojarzyło jej się z czymś nieprzyjemnym, jak klaps. Pewnych granic rodzic nie powinien przekraczać – ale dziecko także. I o tym, jakich granic dziecko nie może przekroczyć – decyduje rodzic. Od tego jest. I to on wybiera metody, jakie będą najskuteczniejsze do tego celu.