O szczęściu, które kryje się za potrzebami

3907124988_6d80accd7f_o

Spokój i harmonia – od kilku lat tymi słowami niezmiennie odpowiadam na pytanie, czym dla mnie jest szczęście? A potem zanurzam się w przyjemne wspomnienia magicznym momentów, które przydarzają mi się czasem niespodziewanie, na przykład w bure listopadowe popołudnie, kiedy idę zmarznięta słuchając muzyki. Momentów kiedy nagle wszystko się zatrzymuje i doświadczam przepływu, piękna tej konkretnej chwili. Czuję, że jestem, tak wyraźnie jak wyraźny staje się każdy element otaczającej mnie rzeczywistości. Te przebłyski to stan idealnej harmonii i radosnego spokoju, który przeze mnie przepływa jak fala w ocenie życia.

I zaraz obok tej magii jest proza życia. Codzienny koktajl emocji i doświadczeń, uniesień i zmartwień, rutyny i ekscytacji. Wtedy przypominam sobie, jak na pewnym warsztacie, w którym brałam udział trafiła w moje ręce kartka A4. Dwie kolumny wypełnione przymiotnikami (stanami, emocjami, doświadczeniami). Po lewej stronie mieszkały takie słowa jak zniecierpliwienie, napięcie, zmęczenie. Po prawej z kolei spokój, rozluźnienie czy radość. Nagłówki kolumn nie pozostawiały wątpliwości: lewa: kiedy Twoje potrzeby nie są zaspokajane, doświadczasz… No i dla przeciwwagi prawa kolumna kiedy zaspokajasz swoje potrzeby… Pamiętam, jak to mną wstrząsnęło. Łzy pociekły ciurkiem po moim policzku, bardzo wyraźnie zobaczyłam siebie – swój obraz i doświadczenie tamtego czasu. Było mi przykro i jednocześnie doświadczyłam ulgi…

Ulga wynikała z odkrycia, że ten mój wymarzony stan spokoju i równowagi nie musi być wyjątkową iskierką (nazywam to “moments of bliss”), która zdarza się niezwykle rzadko, ale że przy odrobinie świadomych starań może być długoterminowym stanem, który towarzyszy moim codziennym doświadczeniom.  I że mogę mieć wpływ na ten stan, ode mnie zależy, czy podejmę wysiłek, żeby reflektować i zmieniać. No i że moje upragnione szczęście ściągam z piedestału “zjawisko magiczne” do parteru życia codziennego.

W molierowskiej sztuce “Mieszczanin Szlachcicem” tytułowy szlachcic odkrywa z zaskoczeniem, że… mówi prozą. Biega po domu i krzyczy do siebie i do lustra, że mówi prozą, jak literat. No więc moje odkrycie, że w ogóle mam potrzeby było z gatunku tych przełomowych. Dlaczego? Bo ani w domu ani w szkole nie uczyłam się o tym. O pierwiastkach, jamochłonach, epokach literackich owszem – dużo i niepotrzebnie. Ale nigdy o tym, co mnie konstytuuje, co jest moją siłą napędową do życia. Więc nie umiałam ich rozpoznawać, nazywać a już tym bardziej zaspokajać. W zamian za to odklepywałam z pamięci “Galia est omnis divisa in partes tres…”.

Powiem więcej: w czasach, kiedy byłam wychowywana raczej nie wypadało potrzebować. Dzieci nie tylko nie miały prawa do swoich potrzeb, ale też miały tak zwany “święty obowiązek” bycia grzecznym. Więc z chwili na chwilę uczyliśmy się, jak ignorować swoje potrzeby, zagłuszać i wygaszać je, żeby nam nie wadziły – bo stan “nie potrzebowania” się zwyczajnie opłacał, był skuteczną strategią przetrwania. Bycie sobą stało w sprzeczności z tym, co wypadało robić.

Potrzeba, to ciało obce, bo nie miał nas kto z nią oswoić. Często wkładamy wysiłek w to, żeby nie potrzebować, dokładnie tak jak robiliśmy to w dzieciństwie. Idź sobie, przeszkadzasz mi – mówimy do niej. I zamiast z poczucia głodu sięgać po kanapkę, sięgamy po papierosa, albo mówimy do burczącego brzucha “no cicho już, nie przy ludziach”. Zaburzamy nasz cykl zaspokajania potrzeb, a te nie mając się gdzie podziać, wracają do nas rykoszetem. Bólem ciała lub chorobą, atakami agresji lub paniki. Wracają w formie, nad którą nie mamy już kontroli. W formie, w której często potrzebujemy pomocy specjalisty, pomocy z zewnątrz, bo nie mamy już siły i nadziei, rozkładamy nasze ręce w geście bezradności.

Teraz, kiedy przyszło nam dorosnąć, mówimy do siebie tym samym językiem. To dość oczywiste, no bo skąd mielibyśmy znać inny? Karcimy się w wewnętrznym dialogu za bycie niegrzecznym, wyrodnym, nieodpowiedzialnym. Do głowy nam nawet nie przychodzi, że zamiast surowo karać się poczuciem winy za złe sprawowanie, możemy… się wspierać, czyli odkrywać potrzeby, jakie za naszym postępowaniem stoją. Bo to one, jak już wspomniałam wyżej, są siłą napędową naszych działań. Robimy rzeczy, bo czegoś potrzebujemy. Albo nie robimy, zaniechanie to też działanie, które kryje za sobą jakąś listę potrzeb. Kiedy zdarzy mi się podnieść głos na moją córkę, szybko zadaję sobie pytanie, czego teraz nie dostaję? I od razu widzę, jak bardzo frustrowana jest moja potrzeba bycia zrozumianym, usłyszanym i uszanowanym (no bo pięć razy już prosiłam, żeby nie wspinała się na  kuchenkę!). I że w tej sytuacji narasta we mnie napięcie do tego stopnia, że krzyknięcie jest sposobem na rozładowanie. Niekoniecznie najbardziej zgrabnym, niekoniecznie służy ono naszej relacji, ale jedynym, które mam w dostępie w tamtym momencie.

Świadomość potrzeb, jakie towarzyszą mojemu działaniu daje mi wybór. Mogę zdecydować, co z nimi zrobić, jaką strategię obrać. Na przykład inną niż krzyk. Jak inaczej mogę rozmawiać z córką, żeby zrozumiała mój zakaz? Jak mogę wcześniej zreflektować to napięcie, które podchodzi mi do gardła albo co zamiast krzyku może mi pomóc je rozładować?

A kiedy zaspokajam moją potrzebę, ląduję w tym przyjemnym, błogim stanie. Pozbawionym napięć i frustracji. Stanie radości, spokoju i równowagi. Wiadomo – za chwilę znów coś się wydarzy – klik: napięcie, potrzeba, działanie (i oby zaspokojenie!). Tylko w pewnym momencie ten proces świadomej pracy z potrzebami staje się nawykiem. Na początku jest trudno i żmudnie- zanim w szkole nauczyliśmy się pisać, zaczynaliśmy od okraszonego ogromnym wysiłkiem koślawienia twórczych szlaczków, które różnie nam wychodziły. Tak samo jest z odkrywaniem potrzeb – trzeba ten tryb oswoić i dać sobie prawo, żeby na początku było mniej zgrabnie. A potem ten tryb wchodzi w nawyk. Robi się trudno? Chwila zatrzymania, kilka wdechów i wydechów… Czego teraz potrzebujesz? Czego Ci brakuje? Jak możesz sobie to zapewnić?

A na końcu ta piękna nagroda: spokój i harmonia.

3907124988_6d80accd7f_o

Zdjęcie: flickr.com/photos/son-vn/