Pacjent też Człowiek – czego potrzebuję od lekarza?

stockvault-stethoscope129088

W ostatnim tygodniu odwiedziłam kilku lekarzy specjalistów (dla córki i dla siebie). Moje emocje wędrowały po skrajnościach – od przykrości do ekscytacji. Dały mi również mocno do myślenia. Niektórzy z Was pewnie przeczytali poprzedni wpis pełen osobistego żalu. Postanowiłam go usunąć, bo nie to jest moją intencją. Chcę napisać o tym, co odkryłam dzięki temu doświadczeniu, czego nauczyły mnie moje emocje? Co sprawia, że u jednego lekarza czuję się jak intruz i jestem spięta a u innego mogłabym siedzieć godzinami?

Potrzeba bycia wysłuchanym

Prosta rzecz. Kiedy przychodzę do lekarza chciałabym rozmawiać z nim twarzą w twarz, a nie zza monitora komputera, kiedy ten wypełnia kwestionariusz diagnostyczny. Rozumiem, że to są ważne pytania, naukowa ścieżka wnioskowania dedukcyjnego, proces diagnostyczny. Chciałabym jednak doświadczyć zainteresowania, zaciekawienia moją historią. Podczas badania ginekologicznego obok pytań o przebieg porodu i skalę Apgar mojego dziecka wywiązała się między nami rozmowa o doświadczeniach macierzyńskich. O trudach i radościach, o niepowtarzalnych temperamentach dzieci. Rozmowa o planowaniu dzieci nie sprowadziła się do „technicznego” przygotowania macicy do kolejnej ciąży, ale o tym, jak to jest z dwójką dzieci i kiedy to pierwsze jest gotowe na rodzeństwo. Tak niewiele, a tak wiele.

Potrzeba bycia zrozumianym 

Opisując kłopoty ze snem mojej córki i inne jej zachowania dowiedziałam się, że rozpieszczam, nie stawiam granic i pozwalam córce wymuszać. Zamiast zrozumienia dostałam ocenę i to bardzo dotkliwą, bo trafiającą wprost w moje poczucie rodzicielskiej kompetencji, I chociaż miałam świadomość, że lekarz nic nie wie o mnie ani o mojej rodzinie (nie zadał sobie trudu wyjścia poza kwestionariusz diagnostyczny a moje „opowieści” przemilczał) było mi przykro, czułam się upokorzona. No bo w końcu jakim prawem lekarz pozwala sobie wydawać tak śmiałe sądy na mój i nasz temat? Ani nie jest psychologiem, któremu dałam zgodę na interpretacje terapeutyczne ani jako człowiek nie ma moralnego prawa mnie oceniać.

Potrzeba wsparcia

Kiedy zjawiam się u specjalisty zwykle mam listę pytań i wątpliwości. Coś mnie nurtuje, coś mnie niepokoi, potrzebuje informacji. Ale przede wszystkim potrzebuję wsparcia, na różne sposoby. Czasem będzie to skierowanie na badanie, żeby uspokoić niepokój, kiedy indziej informacja o przebiegu jakiejś choroby albo po prostu ciepły uśmiech (dobre emocje), za którym idzie słowo pocieszenia. Kiedy około 22 tygodnia ciąży trafiłam roztrzęsiona do mojej pani ginekolog twierdząc, że nadal nie czuję ruchów dziecka i bardzo się boję, nie wyśmiała mnie. Zrozumiała mnie jak matka matkę i natychmiast pokazała mi na monitorze wygibasy malucha. Wyczuła, czego potrzebuję, uszanowała mój niepokój. W ostatnich dniach, kiedy jestem z córką u lekarza więcej słyszę o „negatywnych konsekwencjach”, „śmiertelności chorób” niż o sposobach pomocy i radzenia sobie z tym. Gdzie jest balans i granice?

Potrzeba rzetelnej informacji

Nie jestem lekarzem, tylko świadomym człowiekiem i rodzicem. Nie mam wiedzy medycznej i 6 lat studiów za sobą, nie mam doświadczenia w leczeniu ludzi w aspekcie medycznym. Mam ciekawość, lubię pytać i szukać odpowiedzi. Lubię wątpić i znajdować sens w tym, co i jak robię. Zwykle zjawiam się w gabinecie lekarskim z listą rzeczy, którą chciałabym omówić. Jestem spragniona rzetelnej wiedzy i informacji. Więc kiedy słyszę, że moje mleko po 6 miesiącu karmienia jest bezwartościowe, albo że powinnam nauczyć dziecko samodzielnie zasypiać metodą wypłakiwania (cry-it-out) traktując histeryczne bezdechy jako formę manipulacji ze strony dziecka, to opadają mi nie tylko ręce. Znika moje zaufanie do specjalisty (nie wiem, czy mogę go nadal tak nazywać?), który wykorzystuje swój biały kitel do szerzenia mitów i przekazywania pacjentom nieprawdy.

Potrzeba szacunku

Ostatnia wizyta u ginekologa była wspaniałym doświadczeniem. Nie byłam jedynie narządem rodnym, który podlega badaniu. Byłam matką, która urodziła dziecko, kobietą, która ma swoje ciało, emocje i przemyślenia macierzyńskie, osobą. Poczułam ogromną bliskość z lekarką, która obok bycia specjalistą i udzielania mi fachowych porad również była matką i człowiekiem. Do dziś wspominam te pozytywne emocje, które towarzyszyły naszemu Spotkaniu. Przy takim lekarzu marzę, by rodzić po raz drugi. By pod jej czułą opieką pielęgnować pod sercem drugie życie. Na drugim biegunie jest paskudny dylemat, przed którym zostałam wczoraj postawiona. Moja córka protestowała przed badaniem okulistycznym, lekarz nie miał do niej ani serca ani cierpliwości. Kazał położyć i unieruchomić na kozetce. To jest tortura! Wstrętny dylemat: uszanowanie godności dziecka albo wykonane badanie lekarskie?

Jestem wdzięczna za te ostatnie dni doświadczeń, wiele mi pokazały. Trudne konfrontacje z innym sposobem myślenia najpierw wydrenowały mnie energetycznie, ale paradoksalnie dały też siłę by pozostać wierną sobie.  I zaufać swoim emocjom – jeśli po wizycie lekarskiej jest mi przykro, czuję się rozżalona a moje ciało opada z sił, to znaczy zwyczajnie, że czas poszukać innego lekarza.

Te doświadczenia stały się również natchnieniem do napisania artykułu o tym, dlaczego rodzicowi High Need Baby może być trudno u lekarza i jak się do takiej wizyty przygotować. Na dniach artykuł ukaże się na portalu dziecisawazne.pl. Zapraszam!

  • http://www.zuzawisniewska.pl Zuza

    Ta historia z pediatrą…to bardzo przykry symptom braku szacunku lekarzy do pacjentów. Traktowania ich jak towar na taśmie. Dlatego dobrze, że przypominasz – „Pacjent też Człowiek”!

  • Olka

    Wywnioskowałam z tego artykułu, że jego autorka ma swoje głębokie przekonania, dużo czyta, jest świadomą mamą i o zgrozo wie lepiej od lekarza. Zastanawiające jest więc w jakim celu się do niego udaje? Czy tylko po to aby zostać wysłuchaną i aby lekarz potwierdził jej teorię, poklepał po plecach i powiedział że jest na dobrej drodze myślowej. Niestety kiedy lekarz nie spełnia jej oczekiwań, nie wykaże wystarczającego zainteresowania historią dziecka czy rodziny czuje się upokorzona. A może warto zastanowić się nad tym, że ten lekarz widział już niejedno dziecko w swoim życiu, zna podobne historie na pamięć i ten strasznie dotykający autorkę komentarz nie jest żadnym atakiem w jej stronę ani oceną, a zwyczają diagnozą.
    Nie wiem czego tak naprawdę osoba pisząca ten artykuł szuka w gabinecie lekarkim, bo wygląda na to że nie wiedzy, bo sama doskonale wie wszystko najlepiej. W końcu lekarz który doradzi nie to co Pani chciałaby usłyszeć szerzy „mity i nieprawdę”.
    Chyba najbardziej obrazuje to fragment w którym autorka potwierdza że nie jest lekarzem, nie ma wiedzy medycznej i odpowiednich kompetencji, a mimo to nadal uważa się za wiekszą specjalistkę w dziedzinie medycyny.
    Współczuję sytuacji w której kazano córkę tej Pani unieruchomić na kozetce, ale można na to spojrzeć również z innej strony. Jak długo lekarz który ma kolejkę pacjentów będzie czekał aż dziecko się uspokoi aby mógł wykonać badanie? Mogą to być 3 minuty albo godzina, a pacjentów jest więcej.
    Sądzę że na ryku jest tak wielu specjalistów różnych dziedzin że każdy znajdzie coś dla siebie. Należy jednak w tym wszystkim pamiętać kto jest lekarzem a kto pacjentem z zachowaniem wzajemnego szacunku.
    Życzę autorce aby znalazła swojego idealnego lekarza do którego wskazówek będzie potrafiła się dostosować, a nie tylko negować. Dla dobra wszystkich.

  • Nika

    mam identyczne odczucia jak przedmowczyni. czytajac niektore poprzednie artykuly tez odnosilam wrazenie, ze autorka jest osoba wiedzaca najlepiej wszystko:)

  • Anna Siudut

    Pani Olko, Pani Niko,
    (pozwolę sobie zwrócić się do Pań bezpośrednio). Odpowiem w kilku punktach.

    1. Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy diagnozą medyczną a oceną kompetencji rodzicielskich. Tej pierwszej oczekiwałam i nie zamierzam z nią dyskutować, bo jak wspomniałam, nie jestem lekarzem. Na tą drugą nie mam zgody, mój sposób wychowywania dziecka jest moją prywatną sprawą i nie jest związany z tym, jak działa mózg czy wzrok mojego dziecka (a tego ma dotyczyć diagnoza).

    2. Tak, oczekuję. Tyle że nie klepania po plecach i spełniania moich oczekiwań w kwestiach medycznych (choć nie ukrywam, że pragnę, żebyśmy zarówno ja jak i moje dziecko było zdrowe). Chodzi o podejście do mnie, jako do człowieka i o bazowe przekonania na temat np. motywacji dziecięcych zachowań. Nie jest dla mnie jasne, dlaczego ktoś, kto nie rozumie i nie potrafi uszanować elementarnych potrzeb dziecka zostaje specjalistą dziecięcym.

    3. Nie wiem najlepiej, tym bardziej nie wiem wszystkiego. Ale jest kilka rzeczy, o których mam więcej wiedzy, niż lekarze do których odnoszę się w poście. Karmienie piersią (nie był to duży wysiłek, wystarczyło kilka rzetelnych artykułów i zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia), potrzeby dziecka i psychopatologia – przynajmniej w tych trzech obszarach. O tym ostatnim celowo wspominam, bo zalecanie rodzicom metody wypłakiwania (cry-it-out) po pierwsze jest formą przemocy, po drugie warunkowanie miłości zaburza prawidłowy proces rozwoju dziecka i może się przyczynić (między innymi) do powstania narcystycznych zaburzeń osobowości.

    4. Jeśli 3 minuty na zbadanie pacjenta to za mało, to nie jest kłopot pacjenta (dziecka), tylko błąd systemu. Jeśli przeprowadzone na badania wymaga spokojnego wytłumaczenia dziecku, co będzie się działo z jego ciałem, żeby możliwe było dokonanie badania bez uciekania się do przemocowych metod, to znaczy jedynie, że trzeba wydłużyć czas wizyty.

    Zaskakuje mnie to, że język potrzeb nazywają Panie „wiedzeniem najlepiej wszystkiego”. Bardzo lubię dyskutować i poddawać w wątpliwość to, co i w jaki sposób myślę. Zapraszam do wymiany, tylko potrzebuję konkretnych argumentów (zamiast oskarżeń), do których mogłabym się odnieść.

    Pozdrawiam Panie serdecznie.