Uwaga, bliskość! – część I

14861049578_72b1ae3fa6_o

Bywam często na placach zabaw, klubokawiarniach i innych miejscach przyjaznych dzieciom i nachodzi mnie smutna refleksja, że w dzisiejszym świecie dziecko jest “przy okazji”. Jest dodatkiem do życia, tym lepszym im bardziej potrafi się wpasować w dotychczasowy styl życia rodziców i nie wymaga od nich zmiany przyzwyczajeń. Żyję w świecie, w którym, w imię poczucia bezpieczeństwa (dziecka oczywiście), matki bardzo szybko wracają do pracy. Za szybko. Żyję w świecie pełnym paradoksów, w świecie który stanął na głowie. I myślę, że gro tych paradoksów wynika z tego, że bliskość nie jest naszą najmocniejszą stroną. Dlaczego?

Lęk przed wychowaniem “maminsynka”

Jako dorośli czy rodzice również przeżywamy lęki. Naszym “potworem z szafy” jest obawa, że jeśli za długo i za często będziemy przytulać dziecko to się przyzwyczai. Czytaj: będzie chciało z nami spać do osiemnastki albo i dłużej, będzie niesamodzielne i nie poradzi sobie w życiu. Więc im bardziej dziecko domaga się  bliskości i kontaktu z nami, tym bardziej uaktywnia się nasz potwór i krzyczy: “musisz być twardy, postaw granice! dziecko nie może tobą rządzić!” Ten lęk paraliżuje nas do tego stopnia, że mieszają nam się pojęcia. Dziecięca symbioza z dorosłą więzią symbiotyczną. Etap rozwojowy z patologią. Na wszelki wypadek próbujemy uciec od obydwu pozbawiając dziecko czegoś, co jest mu do prawidłowego rozwoju niezbędne. Zabieramy się za “twarde wychowywanie” zamiast reagować troską na sygnały, które dziecko nam wysyła.W konsekwencji zbyt szybko odstawiamy od piersi, nie reagujemy na płacz, oczekujemy, że będzie samodzielnie zasypiać…

Skąd mamy to umieć?

Jeszcze do niedawna metoda “zimnego chowu” (w tym pozostawianie dziecka, aby się wypłakało) nikogo nie dziwiła. Tak kiedyś wychowywało się “grzeczne dzieci” – takie, które nie przeszkadzały i łatwo podporządkowywały rodzicielskim interwencjom. I niestety były to metody skuteczne, bo dzieci rzeczywiście przestawały płakać. Tyle że powodem nie było zaspokojenie potrzeby i ukojenie w bezpiecznych ramionach mamy ale porzucenie nadziei, że ta mama kiedykolwiek przyjdzie. Dlatego teraz sami nie umiemy inaczej. Ten jedyny sposób, jaki znamy (którego sami doświadczyliśmy) cedujemy na nasze dzieci. Według badań Mary Ainsworth aż 40% ludzi charakteryzuje lękowy lub unikający styl przywiązania (przeciwieństwo bezpiecznego). W obu przypadkach mówimy tak naprawdę o niezaspokojonej potrzebie bliskości. W pierwszym będzie się to przejawiać tym, że aby czuć się bezpiecznie nie mogę się od mamy (a potem każdej innej osoby, z którą buduję bliską relację) oddalić nawet o krok. W drugim przypadku za wszelką cenę będę manifestować swoją niezależność, każdym gestem mówiąc: nie potrzebuję ciebie ani nikogo innego.

Droga na skróty

Współczesny świat aż ugina się pod ciężarem oferowanych nam “prostych rozwiązań”. Mleko modyfikowane i smoczek pozwalają mamie poczuć się niezależną już od pierwszych dni życia dziecka. Kołyski i grające bujaczki same usypiają dzieci. A na deser kuszą nas popularne poradniki rodzicielskie, w których można wyczytać, że karmienie dziecka na żądanie czy usypianie na rękach jest błędem wychowawczym, bo jedyne czego trzeba dziecku do szczęścia to…rytmy, już od pierwszych dni życia. Reszta ułoży się sama.

Owszem, bez niektórych udogodnień trudno sobie wyobrazić życie. Mam jednak wrażenie, że nieco się zagalopowaliśmy. Zamiast iść za tym co bliskie i naturalne, wybieramy to, co łatwe i gotowe. Zamiast podjąć wysiłek poszukiwań własnych rozwiązań, zadawać trudne pytania i rozwijać własną intuicję, zdajemy się na łaskę i niełaskę tego, co najbardziej dostępne. Tym samym pozwalamy, aby lukę naszej niewiedzy wypełniły odpowiedzi wielkich koncernów, które za pomocą reklam trafiają wprost do naszej podświadomości a potem do koszyków zakupowych.

Dokąd zmierzamy?

Generacja Y, pokolenie kompetentnych (także technologicznie), zorientowanych na cel i osiągnięcia 30-sto latków. Pokolenie ekspresowych karier i takich samych kłopotów z wypaleniem zawodowym i depresją z powodu braku sensu. Pokolenie, w którym głębokie relacje zostały zastąpione dążeniem do prestiżu i niezależności.

Rosnąca w siłę grupa zdeklarowanych “singli” – osób które nie są zainteresowane stałym związkiem, a które szukają przygód (często o charakterze seksualnym). Pragną pozostać wolni i niezależni na wielu poziomach, a bliskość i relacja wywołuje u nich reakcję podobną do reakcji na stres czyli walcz albo uciekaj.

Do tego dochodzą osobiste tragedie tych, którzy – mimo usilnych starań znalezienia właściwego partnera życiowego – wchodzą w toksyczne relacje. Szukają w nich miłości bezwarunkowej, ciepła i opieki, której nie zaznali w dzieciństwie. Każda kolejna próba kończy się porażką, a dziecięca rana po raz kolejny zostaje rozdrapana.

***

W gruncie rzeczy wszystko rozbija się o potrzebę bliskości i więzi, pierwotną potrzebę małego bezbronnego dziecka.

Więcej o przywiązaniu: czym jest, jak przebiega i jak je pielęgnować przeczytacie już za kilka dni w II części artykułu. Zapraszam!

14861049578_72b1ae3fa6_o

Zdjęcie: www.flickr.com/photos/xavieralberola/
  • Szympans

    Taka refleksja, właśnie oglądam z S. bajkę na yt i widzę, że na bajkach jest bliskość skierowane do dzieci. Przyszła przerażająca myśl, że niektóre dzieciaczki widzą tylko taką bliskość… niezły dysonans itp

  • agafem

    artykuł oddający dokładnie to o czym, od kiedy mam Córcię, sama myślę i analizuję. Też jestem psychologiem, też jestem w domu, bo chcę:)nie potępiam innych mam, nie oceniam, po prostu jak Ty zastanawiam się dlaczego tak jest…mina mojej córki jak razem się bawimy, czekamy na męża jak wróci z pracy, jak bawimy się w trójkę – bezcenna:)

  • jj

    Myślę, że opinia jest bardzo generalizująca. Należy wziąć pod uwagę szereg czynników mających wpływ na nasze zachowania i sytuacje. Zgadzam się, że są osoby dokładnie takie jak opisane w artykule. Ale poza tymi zimno wychowującymi osobami są jeszcze ludzie, którzy postępują inaczej; są ludzie którzy mają problemy, czy to z partnerem, rodziną, czy chociażby z finansami… prawda jest taka że mało kogo stać, aby siedzieć w domu przez cały rok po urodzeniu dziecka i utrzymać rodzinę za marne pieniądze z zasiłku macierzyńskiego i drugiej niewielkiej pensji… Bardzo często z ciężkim sercem mamy wracają do pracy, bo naprawdę muszą- bo niepewne są jutra, bo muszą zatroszczyć się o syt. finansową… i nie zawsze wracają tam bo chcą!! nie generalizujmy i nie oceniajmy społeczeństwa tak łatwo… bo często nie mamy wcale pojęcia z czym zmaga się kobieta – matka za zamkniętymi drzwiami mieszkania… Jako matka, Autorka powinna wiedzieć, że macierzyństwo nie jest łatwe; zwłaszcza w przypadku gdy nie ma się u boku wspierającego nas partnera…

  • Zuzanna Wiśniewska

    Po przeczytaniu artykułu mam takie wrażenie, że potrzeba bliskości w Waszej relacji została dość mocno zgeneralizowana i objęłaś nią wszystkie relacje. Z moich obserwacji wynika, że ta potrzeba bliskości jest bardzo różna, na różnych etapach rozwoju, i w poszczególnych relacjach dziecko-rodzic. Nie każde dziecko potrzebuje bliskości rodzica w takim samym stopniu. Ania, sama określasz swoje dziecko jako high need baby. Masz więc pewnie świadomość, że są dzieci, w których silniejszą potrzebą jest odkrywanie świata niż zostanie z mamą. Powrót do pracy, wcale nie musi wynikać z czystych kalkulacji i być wbrew instynktom rodzicielskim (choć pewnie często tak jest). Może też być potrzebą mamy, dla której macierzyństwo to niezwykle ważna, ale nie jedyna rola życiowa. Mówię tu o sobie. I mój wybór nie jest odrzuceniem dziecka. Nie wynika też z pędu do kariery. Moje doświadczenie jest takie, że dziecko wchodzi chętnie co rano do sali żłobkowej i nie ma przy tym żadnego dramatu, żadnego poczucia porzucenia, żadnej krzywdy. Widzę, że dużo prawdy jest w tym, o czym wspomniałaś jakiś czas temu – że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski. I ja to tak właśnie widzę. Podobnie jak go zostawiam z jednymi lub drugimi dziadkami. Jest w tym przygoda, zabawa, ekscytacja. Nie widzę w tym zadawania bolesnych ran, które zniszczą mu życie w przyszłości. Może to dobry moment, żeby skonfrontować różne teorie, podejścia?

  • Mama

    Dziękuję za ten komentarz:) potrzebowałam chwili zeby zwerbalizowac swoje odczucia po przeczytaniu tego zbyt generalizujacego artykułu, i powyższy komentarz oddaje to co chciałam powiedzieć. Przy okazji chyba chciałam również dopytać jakie obserwacje pania Anie skłoniły do tak mocnej wypowiedzi (choć po wcześniejszych artykułach widać, że do takich Pani ma sklonnosc),ze w dzisiejszy aż czasach ludzie mają dzieci ‚przy okazji’? Którzy ludzie proszę Pani? Tacy którzy żyją inaczej niż Pani? Którzy inaczej niż Pani i Pani partner, którzy pozostają z dzieckiem w domu? Proszę rozwinąć.

  • nastek

    Ja tez dziękuje za ten komentarz i też podpisuję się pod nim. Wydaje mi się te, że posiadanie dziecka „przy okazji” jest blisko naturalnego podejścia do faktu, że to dziecko jest. Że jest ono częścią życia. Że trzeba nauczyć się zmienić to życie w związku z jego pojawieniem się, ale też kontynuować podstawowe zasady którymi się kierujemy. Myślę, że nie ma niczego złego w posiadaniu dziecka „przy okazji”. Odwołując się do stosunków plemiennych, posiadanie dziecka jest naturalne, zajmuje się nim cała wioska, ponieważ matka musi chodzić „do pracy” w polu lub dookoła domu. Nie bardzo podoba mi się pogardliwy sposób w jaki przedstawione są niedobre kobiety powracające do pracy, traktujące swoje dziecko nieczule i sucho. I to, że został postawiony znak równości pomiędzy powrotem do pracy, a niereagowanie na płacz dziecka i zimnym chowem.

  • http://pracowniasrodka.pl/ Ania Pracownia Środka

    Zuza, ja nie neguję i nie oceniam wyborów matek, tylko piszę o konsekwencjach niezaspokojonej potrzeby bliskości i więzi. Jedne muszą, inne chcą wrócić do pracy. Nie wyobrażam sobie jednak, że można być blisko dziecka widząc je rano a potem w wieczornej kąpieli. A pierwsze słowa? Ulubione zabawy? Wspólne przeżywanie radości i smutków? Miałoby mnie to ominąć? Ten wybór nie jest oczywisty, każdy rozstrzyga wedle swoich potrzeb i możliwości.

    Każde dziecko potrzebuje bliskości. Zgadzam się, że są okresy, w których potrzebuje jej bardziej (skoki rozwojowe, okresy lęków separacyjnych etc). Dzieci różnią się między sobą w tym, w jaki sposób manifestują swoją potrzebę i to jak znoszą stan deprywacji. Jedne dzieci są w swoich dążeniach intensywne i nieustępliwe (jak moja córka), inne wkładają mniej wysiłku w zabieganie o bliskość (tak rozumiem opis zachowań Twojego syna). Ale to nie znaczy, że potrzebują jej mniej. Jedne dzieci dobrze poradzą sobie z brakiem mamy, inne nie udźwigną tej pustki i będą mieć poważne kłopoty psychologiczne. Możemy się o tym dowiedzieć od razu (zmiany w zachowaniu, trudności w emocjach) albo dopiero za 15-30 lat.

    Piszesz Zuza, że „może to dobry moment, żeby skonfrontować różne teorie i podejścia”. Myślę, że bardzo dobry! Proszę Cię o polecenie książek i artykułów,
    przyjemnością poczytam, z przyjemnością poszerzę swój wachlarz. Jeśli i Ty masz ochotę poszerzyć swój, bardzo polecam: J.Liedloff, W głębi kontinuum, A.Stein, Dziecko z Bliska, J.Juul, Twoje kompetentne dziecko. A jeśli chodzi o rozwój psychospołeczny dziecka koncepcje: M.Mahler, D. Winnicotta, E. Eriksona, S.Johnsona :)

  • http://pracowniasrodka.pl/ Ania Pracownia Środka

    A ja postawiłam taki znak równości?
    Matki wracają do pracy, to fakt. Niereagowanie na płacz to strategia działania a zimny chów to nazwa dla pewnego stylu wychowania. Nie wydaje mi się, żebym postawiła równość między tymi rzeczami.

    Pamiętajmy o tym, że matki plemienne miały dzieci przy sobie, póki te były gotowe się od niej oddalić (co zbiega się z procesem separacji, czyli wychodzenia z symbiozy). Nie to mam na myśli pisząc „przy okazji”, bardziej to, że wielu rodziców nie uwzględnia perspektywy dziecka i dalej myśli w kategoriach wyłącznie własnych potrzeb. Zdrowy jest balans między jednym a drugim. Choć nie oszukujmy się – w pierwszych miesiącach życia dziecka kobieta jest dla dziecka na wyłączność i często musi zapomnieć o własnych potrzebach. Wiele matek nie jest w stanie tej świadomości udźwignąć.

  • http://pracowniasrodka.pl/ Ania Pracownia Środka

    Ciężko mi odpowiadać na zarzut generalizacji, kiedy pisze Pani o moich „skłonnościach” – czyż to nie jest generalizacja? Trudno mi się również odpowiada na pytania, które mają w treści hipotezę. Czego dokładnie jest Pani ciekawa?

  • http://pracowniasrodka.pl/ Ania Pracownia Środka

    Powrót mamy do pracy to tylko jeden z przykładów, widzę jednak, że rezonuje na tyle mocno, że staje się jedynym poruszanym tematem. Tak jak wspomniałam już wyżej w komentarzu: to temat niełatwy – każdy decyduje jak chce i jak potrafi.

  • Mama

    Napisałam dokładnie czego jestem ciekawa, ale z przyjemnoscia powtórzę:). Jakie obserwacje (na placach zabaw, w klubokawiarniach) sklonily Panią do wypowiedzi, że w dzisiejszych czasach dziecko jest przy okazji?

  • Psychofanka ;P

    Pomiędzy tekstami, głaszczącymi rodziców po główkach, wspierających i wskazujących, to czego można nie dostrzec pojawił się nieco kontrowersyjny, uderzający w niektórych czytających. Uśmiecham się w środku, bo mam niektórych przed oczami. Myślę, że tak wiele osób ma problem z relacją z drugim człowiekiem i tak wielu rodziców ma coś na sumieniu, że niewielu ten tekst się spodoba. Mi się podoba bardzo, bo jestem świadoma swojej niedoskonałości w roli mamy i pracuję nad sobą, by wytępić skłonności materialistyczno-egoistyczne. Przypominam sobie, że to nie – Ja mam dziecko, ale to Dziecko ma mamę, a jaką to będzie rzutowało na jego całe życie, na jego relacje z partnerką, przyjaciółmi, własnymi dziećmi.. i ze mną starą. Dzięki Aniu.

  • Mama

    Pani Psychofanko;P. Ten artykuł w nic mnie nie uderza – szkoda, że nie wie Pani jak wspaniale blisko jestem ze swoim Dzieckiem, i z którym przez pierwszy rok życia nie odrywaliśmy się w sensie dosłownym 24 h/dobę:). Oczywiście, że wszyscy jesteśmy niedoskonali, jednakże głęboko sprzeciwiam się takim uogólniającym tekstom „dziś dzieci ma się przy okazji”. Co to oznacza? Na jakiej bazie Pani Ania tak stwierdza? Poza tym pani Ania na swojej stronie zaprasza do dyskusji – to chyba dobrze, że się dopytuje lub pojawiają się tez głosy inne niż „I like it”. A jak nie „I like it” to znaczy od razu, że w coś mnie uderza?:). Pozdrawiam serdecznie

  • http://pracowniasrodka.pl/ Ania Pracownia Środka

    Myślę o sposobie zwracania się do dzieci: mówieniu do nich i o nich, o sposobie zachowania wobec nich. O czytaniu książki na placu zabaw, kiedy dziecko szuka kontaktu z rodzicem. Mówieniu o tym, że jakiśtam wiek dziecka jest najgorszy, bo „wszędzie włazi i trudno już go ignorować”. „Wyrzucaniu” dziecka na placyk zabaw w klubokawiarni na zasadzie „zajmij się sobą” i oznakach niezadowolenia, kiedy dziecko „znowu się czegoś domaga” przeszkadzając w emocjonującej rozmowie z przyjaciółką. O zabieraniu dzieci w miejsca, które nie są dla nich przeznaczone i oczekiwaniu, że nie będą sprawiać kłopotu.

    Rozumiem potrzebę rozmowy z przyjaciółką, wyjścia z domu czy przeczytania książki, to naturalne i każdy ma do tego prawo. Chodzi mi o sytuację, w której dzieje się to kosztem dziecka. O oczekiwanie, że dziecko uszanuje naszą potrzebę, kiedy samo właśnie doświadcza ignorowania jego potrzeb.

  • Psychofanka

    Napisałam, nie po to by uświadomić komuś, że zasada „uderz w stół..” zawsze się sprawdza. Moja wypowiedź była skierowana do autorki i dotyczy moich przemyśleń i spostrzeżeń. Uważam, że oskarżenia o generalizację są nadinterpretacją. Autorka nie pisała, że wszystkie mamy, które .. to …. Tłumaczenie, że komuś ciężko bo rozwód, czy bieda są śmieszne. Kobiety mordujące dzieci też można jakoś wytłumaczyć. Ja nie byłam z synem w symbiozie 24 h, często byłam/jestem zmęczona rolą mamy i uciekam, uwielbiam pić kawę w ciszy i czekam gdy zaśnie, bym mogła delektować się chwilą bez niego. Jestem aktywna zawodowo i kocham to co robię (syn ma 1,5 roku). Dlaczego uważam, że ten artykuł nie jest o mnie?

  • Dziulkacrew

    A ja nie rozumiem kontrowersji wokół tekstu i głosów oburzonych (urażonych?). Nikt nikomu nie zakazuje iść do pracy ani tworzyć więzi z dzieckiem w jakiś jeden specjalny, „dobry” sposób. To, o czym pisze Ania to teorie naukowe poparte badaniami. A ja osobiście zgadzam się z obserwacjami i wnioskami, mam podobne refleksje. I widzę, jak mój styl przywiązania negatywnie rzutuje na moje relacje z ludźmi, poczucie własnej wartości, wszelkie życiowe wybory i problemy. I pracuję na zmiany, w tym tworząc dobrą więź, pełną bliskości, z moją córką.

  • panna_nikt

    Dobry artykul i zgadzam sie w zupelnosci. Moja wypowiedz bedzie z troche innej beczki. Jestem juz dorosla osoba, wedle ludzi „wrazliwych duchowo” ktorzy widza aure – jestem dzieckiem indygo, bardzo wrazliwa osoba, czesto nadwrazliwa. W wieku 4 m-cy zostalam oddana do zlobka przez mame, bo musiala isc do pracy. Nie wnikam, nie oceniam jej wyborow – wiem natomiast jak strasznie zawazylo to na mojej przyszlosci. To „porzucenie” przezywalam przez wiele lat, chodzilam na terapie zeby sie z pewnych „traum wyleczyc” – sposob przywiazania w moim przypadku – wiadomo lekowo-unikajacy. Nie ulozylam sobie zycia, nie mam dzieci i szczerze mowiac jak patrze na dzisiejszy swiat i jak traktuje sie dzieci – nie zaluje ze sama ich nie mam – nie beda przynajmniej cierpiec. Dzieci potrzebuja przede wszystkim bliskosci, ciepla, zrozumienia – to daje im sile i wiare w siebie, drugiego czlowieka w przyszlosci – zeby to jednak zbudowac w doroslym czlowieku, trzeba najpierw jak jest jeszcze dzieckiem dac mu duzo ciepla i milosci. Pozdrawiam.